14.10.2017

Tonik żelowy z kwasem migdałowym Norel Dr. Wilsz, recenzja

Namaste ^^
Po pierwsze, to witam po długiej przerwie, i wracam z czymś nowym... Nie przedłużając, kochani, w tym roku jesień przyszła szybko i..nagle. Pogoda jest dobijająca, ale nie o tym dziś ;) Jesień to także intensywny okres dla skóry, zaczyna dawać się we znaki chłód, wiatr i zmiana temperatury przy okazji wchodzenia i wychodzenia z ciepłych pomieszczeń. Jesienią także widać, jak nasza skóra zniosła lato, i co się z tym wiąże, to najlepszy czas na intensywną pielęgnację odświeżającą, czytaj: kwasy. Na blogu po raz pierwszy produkt kwasowy, jakim jest tonik Norela. Zapraszam do poniższej recenzji:


opakowanie: butelka  o pojemności 200 ml, z pompka;
zapach: specyficzny i dość ostry, ale po aplikacji ulatnia się;
konsystencja: lekko żelowa;
wydajność: zabójcza, miesięczne zużycie widoczne na zdjęciach;
cena i dostępność: ok 40zł, najłatwiej on-line, nie widziałam nigdzie stacjonarnie.

Co zawiera?
Aqua, Propylene Glycol, Mandelic Acid, Glycerin, Panthenol, Gluconolactone, Sodium Hyaluronate, Lactobionic Acid, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Xanthan Gum
Substancjami aktywnymi, są kwasy: owocowy AHA- migdałowy i przedstawiciele PHA laktobionowy oraz glukonolakton, a także nawilżający hialuronian sodu i łagodzący pantenol.  Skład nie jest długi, co cieszy, poza tym kwas migdałowy mamy już na trzecim miejscu w składzie! Przyznam szczerze, że miałam lekkie obawy co do ostatniego składnika- gumy ksantanowej, pełniącej rolę zagęstnika, która lubi obciążać moją cerę, ale nic takiego nie miało tu miejsca :)

Słówko o kwasach:
kwasy AHA (alfahydroksykwasy), inaczej owocowe, normalizują proces złuszczania naskórka, uelastyczniają, wspomagają walkę z trądzikiem, przebarwieniami. Natomiast PHA (polihydroksykwasy), to nowa generacja kwasów, które zachowują działanie eksfoliacyjne, ale polecana dla cer wrażliwych, które nie tolerują mocniejszych kwasów, a także stworzone z myślą o cerach naczyniowych.

Stosowanie i wydajność:
Raz dziennie, wieczorem po starannym demakijażu. Producent zaleca aplikować produkt za pomocą wacika kosmetycznego. Ja jednak robię inaczej, moją cerę łatwo podrażnić, unikam wszelkiego tarcia (poza peelingami), toteż kosmetyk stosuję jak serum- wklepuję opuszkami. Płyn szybko się wchłania, i skóra od razu jest inna w dotyku. I tutaj małą uwaga, tonik nakładamy bardzo oszczędnie, naprawdę, to wystarczy. Poza tym, jest lepki, zbyt hojną ilość będzie czuć na skórze, a przecież nie chodzi tutaj o to, by obciążać skórę tylko czuć się komfortowo , po użyciu kosmetyku.  Zdarzyło mi się nałożyć za dużo na początku stosowania,i  skóra lepiła się, a rano nie byłą taka świeża, jak powinna. To sprawia, że kosmetyk jest piekielnie wydajny, na zdjęciach jest widoczne miesięczne zużycie. Co prawda data ważności jest bardzo odległa, natomiast po otwarciu należy zużyć w ciągu pół roku i szczerze, nie wiem czy dam radę sama zużyć całość. Chyba będę musiała się z kimś podzielić, bo szkoda by było nie wykorzystać tak dobrego kosmetyku do końca.



Działanie:
Wedle producenta: 
wspomaga usunięcie obumarłych komórek naskórka, ujednolica koloryt cery, utrzymuje florę bakteryjną w równowadze, oczyszcza, rozjaśnia, chroni skórę przed wolnymi rodnikami, likwiduje stany zapalne, nawilża i koi. Jakie jest moje zdanie?
Podpisuję się pod powyższymi obietnicami, które zostały spełnione.
Skóra jest wygładzona, promienna, rozjaśniona, łącznie z przebarwieniami pozapalnymi. Rano budzę się z cerą o zdrowym blasku, jest tu jeszcze jeden bonus... Borykam się z sińcami pod oczami odkąd pamiętam, i wiecie co?  Rano nie ma po nich śladu ! :) Nie rekomenduję stosowania toniku pod oczy, tak jak i producent. Zrobiłam to na własną odpowiedzialność. Tonik nie spowodował u mnie pogorszenia stanu cery, moje wcześniejsze doświadczenia z kwasem migdałowym kwasem nie były zbyt dobre, bowiem powodował u mnie m.in.zmiany naciekowe czyli potocznie zwane "podskórne gule", z którymi nie wiele da się zrobić. W przypadku Norela, nie miało to miejsca :) Jest to pierwszy produkt z kwasem migdałowym, który nie tylko nie zaszkodził, ale zrobił to, co miał zrobić :) Wyciszył zmiany zapalne, wspomagał gojenie powstałych zmian, bo będąc posiadaczka cery trądzikowej, muszę liczyć się z tym, że zawsze coś tam wyskoczy. Jednak ubiegłoroczna kuracja retinoidem bardzo mi pomogła, i ropne zmiany, do których miałam tendencję odpuściły, i nie sprawiają już takich problemów, jak kiedyś.  Do tego jest taka "mięsista" i gładka w dotyku.



Dla kogo?
Dla każdego, bo któż nie potrzebuje odświeżenia cery, zwłaszcza po lecie? ;) 
Przede wszystkim jednak dla osób, które mają problematyczną cerę, szybko zanieczyszczającą się, łojotokową, a także dla tych nietolerujących silniejszych substancji w pielęgnacji skóry. Tonik pozwala oczyścić cerę w sposób łagodny. Pamiętajmy, że to jednak kwas, i ważny jest całokształt pielęgnacji twarzy, nie może być ona zbyt agresywna. Podrażniona i odwodniona skóra będzie przysparzać nam nieprzyjemności. Nie zapominajmy o odpowiednim nawilżeniu i ochronie przeciwsłonecznej oraz o tym, że kiedy wspomagamy proces keratynizacji, czyli złuszczania martwego naskórka, peelingi to podstawa. Skóra się oczyszcza, nie wolno wówczas dopuścić, by złuszczone komórki pozostawały w porach, stąd już prosta droga do zaskórników i pogorszenia stanu cery.




Nocanka

Za możliwość przetestowanie produktu dziękuję sklepowi Nocanka,
 co nie ma wpływu na moja subiektywną recenzję


P.S.
Moi Drodzy, ubicie kwas migdałowy w pielęgnacji twarzy? Znacie powyższy produkt Norela? 
Jeśli nie, to koniecznie zapoznajcie ie z nim, może to będzie właśnie ten przełomowy produkt, dzięki któremu przekonacie się do kwasów, bo w nich drzemie potencjał.
Pozdrawiam^^

17.04.2017

"Miejsce na ziemi"- Umi Sinha, recenzja

Namaste^^
Moi Drodzy, witam Was jeszcze w Lany Poniedziałek, ale myślę, że powoli można już mówić tradycyjne: "Święta święta i po świętach" xD a ja dziś wrzucam kolejną recenzję, tym razem będę pisać o książce, pt." Miejscu na ziemi"- Umi Sinhy. Za chwile do tego przejdziemy, a ja od razu, na początku powinnam się trochę wytłumaczyć, z małego zastoju na blogu. No, cóż, tak się składa, że ostatnio mam znacznie mniej czasu poprzez dość absorbującą pracę, stąd mało mnie tutaj, oczywiście w miarę możliwości postaram się poprawić, i pisać więcej mam mnóstwo postów w wersjach roboczych, a także recenzji, które czekają na dokończenie i opublikowanie. Mam nadzieję, że wiosna doda mi powera, i uda mi się wszystko "ogarnąć" :D Dobrze, pogadałam, a teraz zapraszam już na recenzję:)
   
 
Garstka informacji technicznych:
tytuł oryginału: "Belonging"
tłumaczenie: Robert Waliś
wydawnictwo: Marginesy
rok wydania: czerwiec 2016
ilość stron: 384

O czym jest książka?
To saga rodzinna, opisująca dzieje rodziny na przestrzeni trzech pokoleń. Pełna dramatycznych wydarzeń, nieprzemyślanych decyzji i tkwieniu w tych raz powziętych, a także niedopowiedzeń, tajemnic, bólu, tęsknoty, no i oczywiście znalezieniu swojego miejsca w świecie, co nie jest łatwe zwłaszcza dla najmłodszej z bohaterek, o smutku, odrzuceniu, wyobcowaniu, zamknięciu się w akcie buntu na realia, w których przyszło żyć, a także o tym, jak wojna wpływa na całe życie bohaterów, jak ich zmienia. Nie chcę tutaj zdradzać za dużo z fabuły, a że wszystko jest ze sobą powiązane, nie będę streszczać całej historii :)

Wrażenia:
To niezła książka, aczkolwiek aż tak mnie nie porwała. Czytałam ją długo, ale tylko ze względu na kompletny brak czasu bo generalnie szybko się ją czyta. Bardzo ciekawym pomysłem jest forma narracji, mamy tu listy pisane przez Cecily do siostry Miny, dzienniki jej syna a ojca Lily, najważniejszej postaci- no i tutaj mamy do czynienia z tradycyjną narracją. Na początku znajdziemy rozpisane drzewko genealogiczne, które przydaje się. 

Początkowo trochę ciężko się odnaleźć w wątkach, i historiach narratorów, ale im dalej, tym więcej się dowiadujemy, tym samym układanka zaczyna składać się w zgrabną całość. Nie do końca rozumiem niektóre z zachowań poszczególnych bohaterów, toteż żaden z nich mnie jakoś wybitnie nie urzekł. Zakończenie również mnie zdziwiło,  co muszę przyznać, do tego pozostaje otwarte. Poznajemy dokładne losy postaci od dzieciństwa, to nie uzyskujemy informacji, jak ich losy potoczą się dalej, akcja się urywa. Ja jednak wolę konkrety, a jeśli już zakończenie otwarte, to takie, które nakierowuje tok myślenia, i możemy się domyślać, co dalej. 

Książkę można interpretować na różne sposoby jest wielowymiarowa, porusza  wiele tematów. Znajdziemy w niej kolonializm, powstanie Sipajów, w odpowiedzi na brytyjskie rządy, masakrę w Kanpurze z 1857, gdzie wypływa też kwestia podejścia do innych nacji, autorka skupiła się tutaj, by nakreślić nastroje jakie panowały pomiędzy lokalną ludnością a kolonizatorami, w jaki sposób traktowano ciemiężonych tubylców, jak i odwrotnie, ich stosunek do białych

W ogóle temat nienawiści jest tu bogaty, np  nietolerancji tak silnej, że aż niewyobrażalnej (postać Rebeki i  potworne rzeczy, jakich się dopuszczała ze strachu przed "kapką ciemnej krwi" najmroczniejsza postać i najmniej sympatyczna, by nie powiedzieć "pusta". Nie mogła uciec przed tym, czego najbardziej się bała. Innym przykładem, mniej drastycznym jest Ciotka Mina, która przejęła opieką nad Lily, chciała wyprzeć z dziewczynki wszystko, co indyjskie, a z czym tak naprawdę ona sama się utożsamiała, gdyż tam dorastała. Skoro już jestem przy Lily, to pech, jaki miała w życiu, nagromadzenie wszelkiego zła, które ją spotkało, to chyba nieco za dużo jak na jedną postać... Jest to powieść o tęsknocie i to na wielu płaszczyznach, przynależności, rodzinnych sekretach, które niczym "trup wypadający z szafy", domagają się rozwikłania, bo w końcu to "prawda was wyzwoli"...

Okładka jest boska, i bardzo bogato zdobiona, nie tylko z wierzchu ale i na skrzydełkach, a także na wnętrzu okładki. Niejako odzwierciedla złożoność fabuły.

Czy polecam?
Z pewnością przypadnie do gustu osobom, które lubią wojenne klimaty, tłem są prawdziwe wydarzenia historyczne, które miały miejsce. Ponadto to saga rodzinna, więc również dla fanów tego typu książek. Generalnie tak, wiadomo, ile ludzi tyle gustów, z pewnością znajdą się czytelnicy, którym lektura obyczajowa bardzo przypadnie do gustu, nie mam wątpliwości. Jeśli o mnie chodzi, to nie żałuję, że ją przeczytałam, bo to całkiem dobra książka, tyle, że nie do końca spotyka się z tym, co lubię w książkach najbardziej. Co utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem dość wybredna, by nie powiedzieć monotematyczna, ale to było by kłamstwo. Tak na marginesie, jednym z moich postanowień noworocznych jest sięgnięcie po inne gatunki- głównie fantastyka, i powiem Wam, że to całkiem fajna odskocznia :)

Ocena:
 5,5/10 ⭐

 Za możliwość przeczytania książki, dziękuje wydawnictwu Marginesy
co nie ma wpływu na moją subiektywną opinię



P.S.
Znacie "Miejsce na Ziemi"? Podobała się Wam ta książka? 
Lubicie tego typu klimaty w literaturze?
Pozdrawiam :)

29.03.2017

Masło shea i olejki Jaśmin & Zielona Herbata z Orientany, recenzja

Namaste^^
Moi kochani, bez zbędnych wstępów. Przejdźmy do konkretów ;)
Jakiś czas temu recenzowałam już  masełko z Orientany, które bardzo przypadło mi do gustu. Wspominałam wówczas, że chętnie wypróbowałabym inne wersje zapachowe, no  i właśnie nadarzyła się okazja, tym samym przedstawiam Wam tytułowe masełko shea z olejkami jaśminowym i z zielonej herbaty.


opakowanie: przezroczysty słoiczek z twardego plastiku, o pojemności 100 ml. Porządnie zabezpieczony folią aluminiową, i tekturowym wieczkiem pod nakrętką. Prosta szata graficzna;
zapach: bardzo intensywny, ciężki;
konsystencja: zbita, z zatopionymi grudkami masła shea, dosyć tępa;
wydajność: standard, ok miesiąca;
cena:  ok 40 zł.


Co zawiera?
skład:
oleje: olej migdałowy, oliwa z oliwek, olej z kiełków pszenicy, olej z pestek winogron,, olej słonecznikowy, masła: masło shea*, masło kakaowe, masło mango, masło kokum*, humektanty: gliceryna, sok z liści aloesu  oraz ekstrakty: ekstrakt jaśminowy, ekstrakt z liści zielonej herbaty, ponadto wosk pszczeli (emolient) i wit E.

jaśmin indyjski- bardzo istotny kwiat w kulturze azjatyckiej, często wykorzystywany w obrzędach ku czci hinduskich bogów. Samo to słowo w wolnym tłumaczeniu, to "dar od boga". Łągodzi podrażnienia, nawilża, zmiękcza, ponoć jego zapach działa antydepresyjnie, a także jest afrodyzjakiem ;)
zielona herbata-  źródło polifenoli, a tym samym antyoksydantów,  chroni przed fotostarzeniem skóry i zapobiega przebarwieniom. Ponadto wykazuje działanie antybakteryjne, przeciwzapalne, a także detoksykuje, usprawnia metabolizm, przeciwdziała gromadzeniu toksyn w tkankach, co pozwala uniknąć obrzęków i co za tym idzie działa antycellulitowo. Zawiera wiele mikro i makro elementów, witaminy ABCE,

masło kakaowemasło mangoolej migdałowyolej z kiełków pszenicy- natłuszczają, regenerują, odżywiają, nawilżają, łągodzą, przywracają blask i wzmacniają i wygładzają naskórek.

*nie będę tutaj powtarzać się odnośnie masła shea i kokum, o których pisałam w poprzedniej recenzji. To główne składniki, które się powtarzają w obydwu produktach.

Stosowanie:
Codziennie wieczorem, jednak przy pominięciu którejś aplikacji, nic złego się nie dzieje. Skóra jest nawilżona i odżywiona. Konsystencja może wydawać się nieco problematyczna, ale nic z tych rzeczy :) Na wszystko jest sposób, wystarczy nabierać bardzo małą ilość, rozgrzać w dłoniach i dopiero zaaplikować. Masełko pod wpływem ciepła z naszych rąk zmieni się w olej. Najwygodniej jest poprzykładać dłonie do skóry, lekko rozetrzeć "w górę" czyli w kierunku serca i na koniec lekko wklepać, co pozwoli na bezproblemowe stosowanie i przyspieszy wchłanianie, które  i tak jest na rewelacyjnym poziomie, jak na tak bogaty skład. Jeśli przyszło by komuś do głowy pominąć ten krok, będzie zawiedziony, bowiem okruszki masła shea będą spadać, a kosmetyk będzie się marnował. Zapach nie utrzymuje się jakoś wybitnie długo na skórze, aczkolwiek zostaje na... piżamach, chociaż ich nie brudzi- nie pozostawia tłustych, ani żadnych plam :) Skóra pozostaje satynowa, a kosmetyk dość szybko się wchłania, pamiętajmy, że są tam oleje i shea, wyczuwalna jest otulająca warstewka, ale nie w tym negatywnym- tłustym znaczeniu :D Po masażu szczotką z naturalnego włosia- skóra pięknie wypija balsam.



Działanie:
Nawilża, natłuszcza, wygładza, skóra ma zdrowy blask i koloryt- nie jest zaczerwieniona, nawet  skora na łokciach wygląda ładnie i zdrowo. Utrzymuje zapalenie około mieszkowe utrzymuje w ryzach.

Czy ujędrnia?
Hm, powiem tak, u siebie widzę różnicę, aczkolwiek muszę wspomnieć, że równolegle zaczęłam masaż suchą szczotą i zmieniłam tryb życia, więc wszystko zbiegło się w czasie, co nie zmienia faktu, że skóra jest w świetnej kondycji :)


U kogo się sprawdzi?
U każdego, kogo skóra wymaga nawilżenia, natłuszczenia i generalnie odżywienia, a także cierpiących na rogowacenie około mieszkowe- gdzie najważniejsze jest nie tylko nawilżenie, ale i natłuszczenie, a nie mających alergii na substancje aktywne zawarte w kosmetyku. Z pewnością u osób, które lubią zapach jaśminu, w przeciwnym wypadku, raczej nie będą zachwycone. Ja mam neutralny stosunek do tej nuty zapachowej, ale może faktycznie troszkę przytłaczać. 


Czy użyłabym ponownie?
Oczywiście, choć gdybym miała wybierać, wolałabym wersję z trawą cytrynową, która minimalnie bardziej mi odpowiadała :) Uwielbiam masełka Orientany za to, że nie zawierają pochodnych ropy naftowej i innych zbędnych substancji alergizujących czy podrażniających, mam pewność, że nie wyrządzi krzywdy mojej skórze, i nie zaostrza rogowacenia około mieszkowego.




                                  

Za możliwość przetestowania produktu dziękuję sklepowi Orientana, 
co nie ma wpływu na moją subiektywną opinię



P.S.
Znacie, stosujecie? :) Jakie macie swoje ulubione masłko/ balsam? 
Zachęcam do podzielenia się w komentarzach swoimi perełkami, i trikami na piękną skórę :)
Pozdrawiam :)

13.03.2017

"Drzewo migdałowe"- Michelle Cohen Corasanti, recenzja

Namaste^^
Moi Drodzy, weekend spędziłam w cieniu migdałowca, za sprawą debiutanckiej powieści Michelle Cohen Corasanti, pt. "Drzewo Migdałowe".  Od dawna była na mojej wishliście i cieszę się, że w końcu ją przeczytałam. Czas minął mi nawet nie wiem kiedy, każdą wolną chwilę poświęcałam na lekturę. Jesteście ciekawi całej recenzji? Zapraszam o zapoznania się z poniższą notką :)


Tytuł oryginału: "The Almond Tree"
tłumaczenie: Dorota Dziewońska
wydawnictwo: Sine Qua Non
rok wydania: czerwiec 2014
ilość stron: 392
Dobre rzeczy utrudniają wybór, złe rzeczy nie pozostawiają wyboru"...
O czym jest książka?
Kanwą powieści jest życie Palestyńczyka- Ahmada Hamida, towarzyszymy mu od momentu jego dzieciństwa, które brutalnie się kończy, aż do późnych lat. Niemym świadkiem losów rodziny jest tytułowe drzewo migdałowe, które odgrywa dużą rolę w kulminacyjnych momentach. Sam Ahmad posiada dar, który pomoże mu w życiu, a co przewidział jego ojciec, swoją drogą, bardzo podobała mi się postać ojca- Baby, naprawdę mądry człowiek, kierujący się czystym sercem. Wartości, które wpoił synkowi  prowadziły go przez życie. Dramatyczne zwroty akcji pokazują jak niebywałą siłę ma w sobie chłopak, którego rzucono w bezwzględny świat. Ukojeniem były dla niego skomplikowane obliczenia matematyczne. Odpowiedzialność jaka na nim ciążyła, razem z wyrzutami sumienia nie złamały go, wręcz przeciwnie znosił wszystko, zaciskając zęby nie skarżył się, tak bardzo chciał odpokutować za swoje winy. Ojciec cały czas go wspierał, doradzał, nawet będąc w więzieniu. Obietnica, że się nie podda i będzie walczył o siebie dodawała mu sił, kiedy musiał podejmować trudne decyzje, by skorzystać z szansy. Autorka stworzyła piękny obraz miłości w rodzinie, malując go wszystkimi kolorami, nie zawsze było dobrze...nie zawsze najbliżsi wspierali Ahmada w jego wyborach, co też miało swoje powody, mające korzenie w nienawiści do Izraelczyków, a byli tacy obecni w życiu młodego geniusza. Palestyńczyk nie załamywał się, i tak kochał swoja rodzinę, pragnął chronić ich za wszelką cenę, samemu żyjąc w absolutnym minimum, tak mocno chciał zapewnić swoim bliskim byt, wyciągnąć ich z nędzy, pomóc godnie żyć. Mimo ciężkiego żywota pełnego goryczy, strachu i często rozpaczy, wykazywał się niezłomną wiarą w drugiego człowieka, umiał patrzeć dalekowzrocznie, nie pozwolił, by nienawiść, zaślepiła go tak, jak jego brata/ matkę, próbował im tłumaczyć, ale trafiał na ścianę oporu. Ponadto żywił stałą nadzieję na lepsze jutro, wiedząc jednak że to co teraz, jest przejściowe, że później będzie lepiej. Piękna jest świadomość, że w momentach, kiedy los wystawia człowieka na próbę, znajdzie się jakaś bratnia dusza, która pomoże, nigdy nie należy jej tracić, bo nigdy nie wiadomo, co czeka za rogiem, kto może okazać się katalizatorem zmian ku lepszemu. Bardzo ważnym wątkiem jest tutaj kwestia konfliktu zbrojnego i wzajemnej nienawiści, jaką generuje, a ta niweczy wszystko. Hamid i jego ojciec byli tolerancyjni, i to w prawdziwym, tego słowa, znaczeniu, mało kto zdobył by się na takie gesty, i poglądy w ogarniętym wojną kraju.  Jak mogliśmy się wiele razy przekonać, w krajach Bliskiego Wschodu, edukacja ma niebagatelne znaczenie, rzeczywiście jest kluczem do lepszego, potęgą. Musze przyznać, że to to chyba pierwsza przeczytana przeze mnie książka, której akcja toczyła się akurat w tamtych rejonach. Otrzymujemy bliższy obraz konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Ciężko wyobrazić sobie, co ludzie zamieszkujący newralgiczne objęte wojną obszary, przeżywają. My, mieszkający  w bezpiecznej strefie, czasem nie doceniamy tego co mamy, a powinniśmy się cieszyć, że nie żyjemy w czasach wojny, bo to ogromna nieszczęście. Obyśmy nigdy nie doświadczyli takich sytuacji.

Wrażenia:
Czyta się bardzo szybko, ciągle dzieje  się coś konkretnego, a wszystko pisane przystępnym stylem. Przejmująca książka, przepełniona emocjami. Ogrom bólu z jakim muszą zmierzyć się bohaterowie jest nie do pomyślenia, ileż to złego może spotkać człowieka, i ile w tym wszystkim jest w stanie znieść, mało tego radzić sobie. Co prawda, powieść jest bardzo smutna, jednak nie na wskroś, nie zawsze wszystko się udaje, to prawda, ale takie jest życie. Natrafimy i  na takie momenty, kiedy widać, że warto walczyć do końca, wierzyć w siebie, ludzi i swoje marzenia. Orientować się według nich.

Czy polecam?
Bardzo! To piękna powieść z wartką akcją i z ważnym przesłaniem. Stąd moja wysoka ocena.

Opinia:
9 /10 ⭐



SQN
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu SQN, 
co nie ma wpływu na moją subiektywną opinię

P.S.
Czytaliście "Drzewo migdałowe"? 
Podobno bardzo przypomina "Chłopca z Latawcem", czy toś coś wie na ten temat? :) Ja muszę przyznać, aż wstyd, że jeszcze nie czytałam nic Hosseiniego...muszę koniecznie nadrobić :) zwłaszcza jeśli, rzeczywiście jest podobieństwo do "Drzewa...", które mnie urzekło, i trafia do ulubionych.
Pozdrawiam :)

08.03.2017

"Dziewięć żywotów. Na tropie świętości w Indiach"- William Dalrymple, recenzja

Namaste^^
Trochę długo mnie tu nie było, co miało swoje powody, aczkolwiek wracam i już nadrabiam ;) Dziś zapowiadana na Instagramie recenzja książki pt. "9 żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach"- Williama Dalrymple. No właśnie, propos instagrama, ostatnio postanowiłam spontanicznie dołączyć do społeczności, tym samym serdecznie zapraszam do interakcji na moim profilu :) Bez przedłużania, zapraszam do zapoznania się z dzisiejszym postem :)



tytuł oryginalny:   Nine Lives: In Search of the Sacred in Modern India
tłumaczenie:  Saba Litwińska
wydawnictwo: Czarne
rok wydania: sierpień 2012
ilość stron: 304


O czym jest książka?
Rozpoczyna się opowieścią autora, jak to zrodził się pomysł na powstanie  reportażu. I co ciekawe, przed częścią właściwą książki, umieścił podziękowania. Nie będę opisywać każdego rozdziału- historii, żeby nie spoilerować, odbierając przyjemność z lektury. Głównym celem książki było znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak rozwój kraju wpływ na istotę religii, duchowości.

"Życie poszczególnych ludzi ma służyć jako dziurka od klucza, przez którą można zobaczyć, jak powołanie religijne wpadło w wir zmian, dotykających Indie w tym prędkim okresie przejściowym, m wyjawić zarazem niezwykłą trwałość wiary i rytuału w szybko zmieniającym się pejzażu".
Dalrymple spotyka na swojej drodze w różnych zakątkach, stanach Indii, kolejno 9 osób, które opowiadają mu swoje historię: mniszkę dżinijską, w tym rozdziale podejmuje próbę porównania dżinizmu, hinduizmu i buddyzmu, a także genezę samej religii, jej założenia, ponadto historię kobiety; Tancerza-medium, biorącego udział w widowiskach "tejjam", kiedy wystawiane są pieśni/przypowieści, a także wyjaśnia ich pochodzenie, czym one są dla samych wyznawców, którzy traktowani są także jako medium od święta, a w jaki sposób na co dzień, dodatkowo mamy tutaj opis przepięknej KeraliDewadasi- Rani kobietę poświęconą w dzieciństwie bogini Jellamma, świątynne dziewczęta zajmowały kiedyś zaszczytna pozycja w hierarchii świątynnej, współcześnie świadczą tylko usługi seksualne. William opisuje właśnie jak to się zmieniło na przestrzeni lat, o ich roli  w społeczeństwie, a bywa z tym różnie; Śpiewaka eposów -bhopę na cześć Pabudziego czyli lokalnego boga-bohatera, na wiejskich terenach Radżastanu, cała otoczka, historia rytuału,  kwestia tradycji oralnych, która w obecnych czasach jest zagrożona przez nagrania; Lal Peri pochodząca z Biharu opętana suficka mistyczka,wyznawczyni  Lal Sahbaz Kalandar opis sufizmu, i sporu z radykalnymi muzułmanami. Bohaterka wspomina swoją tułaczkę w młodości na tle konfliktu religijnego i terytorialnego; Mnicha buddyjskiego po przejściach, jego udział w wojnie. Pisze też o walce  z Chińczykami  o Tybet; Rzeźbiarza bóstw, pielęgnującego wielopokoleniową tradycję rodzinną rzemiosła, opisuje techniki odlewu ,jak ważne jest to praca, a samo rzeźbienie bardzo zrytualizowane- jest niemal jak medytacja, wymaga samodyscypliny, poruszana jest także sprawa erotyki w sztuce, oraz opisy Tamilnadu; 2 ostatnie rozdziały są dość mroczne i kontrowersyjne, traktują bowiem o tantryzmie; Manishę, mieszkającą na ghtach- polach kremacyjnych w Tarapith. Wyznaje ona kult bogini Tary, najbardziej niebezpiecznej, żądnej krwi bogini, dzikiej i przerażającej. Bohaterka opisuje krwawe rytuały, opowiada też o swoim życiu zarówno w  hermetycznej grupie, jak i o swoim dzieciństwie.  Dowiadujemy się, że zachodnie wyobrażenie o tantrze jest zgoła inne, niż pierwotne założenia tego kierunku; Niewidomego minstrela- baula, wędrownego trubadura bożego bengalskiego. Są oni uznawani za szaleńców i wywrotowców. Nie godzą się na żadne podziały czy to religijne czy kastowe, w proteście- wszystko u siebie mają na odwrót. Śpiewacy cieszą się sympatią ludzi, nie nauczają nikogo, nie indoktrynują. Jedyne co robią to śpiewają i recytują poezję ku uciesze osób spotykanych na swojej drodze.

W każdym z rozdziałów, Delrymple pozwala mówić swoim bohaterom wypowiadającym się szczerze i w prostych słowach, pokazuje jak  przemawia przez nich miłość do wyznawanego boga, jak silnie są uduchowieni. Wszelkie trudy i wyrzeczenia  biorą na siebie w imię miłości do bóstwa, cieszą się tym wszystkim, nie bacząc na trudy. Autor opisuje motywy  wstąpienia na daną ścieżkę swoich rozmówców. Sam jednak nie ocenia nikogo, po prostu słucha uważnie, zadaje pytania i spisuje to w swojej książce.

Wrażenia:
Książka jest napisana w bardzo przemyślany sposób, schludnie, bez żadnego bałaganu, piękne opisy przyrody, które są przyjemnym urozmaiceniem, przerywnikiem, a nie nużącymi opisami, które generują zbędną objętość. Nic z tych rzeczy :) Autor skupia się na konkretach, drąży, zadaje istotne pytania, które go nurtują, zagłębia się w historie swoich bohaterów, chce dobrze zrozumieć  ich samych jak i to, czym jest dla nich religia. 

Na końcu umieszczono solidny słowniczek z wyjaśnieniem licznych słówek, których używa. Widać, że spędził dużo czasu w Indiach, oddał to na kartkach swojego reportażu. Czymś co dodaje smaczku, jest dla mnie charakterystyka opisanych religii, muszę powiedzieć, że dużo się dowiedziałam, stąd powstały liczne notatki, do których najprawdopodobniej będę zaglądać przy okazji przygotowywania postów z religią w tle ;) William Dalrymple zamieszcza sporo mitów, i ciekawostek, którymi wzbogaca opowiadania, a które mają bezpośredni związek z bohaterami.

Czy i komu polecam?
Jak najbardziej, zwłaszcza osobom, którym bliska jest tematyka duchowości i jej istota, jak i generalnie zainteresowanym egzotycznymi wyznaniami. W tej książce znajdziemy mnóstwo wyjaśnień dotyczących poszczególnych z nich, opisy rytuałów etc. Gwarantuję Wam, ze dowiecie się bardzo dużo. William umieścił także wiele ciekawostek.

Opinia:
8/10 ⭐
                 
Czarne

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję wydawnictwu Czarne,
co nie ma wpływu na moją subiektywną opinię


P.S.
Moje Drogie, jako że dziś mamy swoje święto, to korzystając z okazji, 
pragnę złożyć Wam wszystkim  Najlepsze życzenia 💋🌷🌼
Pozdrawiam :)

26.02.2017

"Soraya"- Meltem Yilmaz, recenzja

Namaste^^
Ja znowu z książką ;) Tym razem mam coś bardzo na czasie... Tak jak zapowiadałam na facebooku, będzie to recenzja "Sorayi"- Mettem Yilmaz. Co prawda miała się ona pojawić troszkę wcześniej, zgodnie z planem, ale niestety coś mi nagle wyskoczyło, i dlatego wpis publikuję dopiero dziś, nie przedłużając, zapraszam do zapoznania się z dalszą częścią  notki :)


Tytuł oryginału: Soraya
tłumaczenie: Małgorzata Maruszkin
wydawnictwo: Marginesy
rok wydania: styczeń 2017
ilość stron: 232

O czym jest książka?
Narratorką jest sama Soraya, która snuje opowieść o swoim życiu, rodzinie. Historia zaczyna się od momentu ocknięcia się oszołomionej dziewczyny- głównej bohaterki w szpitalu. Nie od razu dociera do niej, co się wydarzyło, musi także zmierzyć się z bólem, i to nie tylko tym fizycznym. Wojna domowa odciska piętno na rodzinie Nomarich. Soraya zostaje sama z kalekim ojcem i matką pogrążoną w depresji oraz nieutulonym żalu. Teraz to ona troszczyła się o rodziców, i to na jej głowie było od tej pory wszystko. Czego następstwem jest długa i trudna wędrówka do Turcji, nazwana "czyśćcem". Opisuje egzystencję w obozie, warunki i prawa/ kary, jakimi rządzi się obóz, a także relacje między osadnikami, konflikty, nielegalne interesy. Zaaranżowane małżeństwo, miało być wyjściem dla wszystkich. Turkmen Merdan wszystko zorganizował, i tym sposobem, w szybkim czasie młoda Syryjka znalazła się w domu męża, z pomocą pośrednika Halila. Przeżyła szok, kiedy dowiedziała się kim on jest... no ale wytrwała w postanowieniu. Murat początkowo okazał się życzliwym, cierpliwym człowiekiem, a nawet wręczał jej upominki, chcąc umilić życie nowej żonie. W przeciwieństwie do żony, i ich córek, która najchętniej pożarła by Sorayę żywcem, czego w ogóle nie kryła. Jak mroczne miała pomysły dowiemy się pod koniec książki. Młoda mężatka zaczyna  z czasem tolerować męża, przyzwyczaja się, patrzy na niego bardziej przychylnym okiem. Murat zaskarbia sobie jej uczucia, pozwala rozkochać w sobie, a dziewczynie poczuć się szczęśliwą, niestety nie trwało to długo. Na jaw zaczynają wychodzić tajemnice Murata, kiedy Soraya traci zaufanie do małżonka, także uczucie wygasa, oddalają się od siebie. Syryjka poznaje gorzki smak rozczarowania, uświadamiając sobie, kim tak naprawdę była dla męża. Małżeństwo trwało 2 lata, bowiem kiedy zabrakło Murata, i ona opuściła dom. Soraya będąc po raz ostatni w szpitalu wygarnęła mu wszystko, wylała z siebie cały ból. Znienawidziła go po śmierci jeszcze bardziej, znowu pozostała sama na pastwę losu, a miało być tak pięknie... Wszystkie marzenia, nadzieje, których kurczowo się trzymała w końcu zgasły na dobre. To wszystko zniszczyło ją bardziej niż wojna, obóz, jak sama przyznaje. Wyrzuca sobie, że przyszło jej zapłacić najwyższą cenę za oszukanie przeznaczenia, chcąc uciec przed wojną, naraziła się na jeszcze większe cierpienia, w imię miłości. Serce ją zdradziło,a  za sprawą tureckiego męża straciła całą radość życia.
"Ogłuszałam się myśleniem, ze możesz mnie wyleczyć, nie wiedziałam, że zadasz mi ranę najgłębszą z możliwych[...] Naraziłeś mnie na coś tysiąckrotnie gorszego niż wojna."
Podkreśla także, że czuje się jak w więzieniu, mimo że znajduje się poza murami hermetycznego obozu. W Turcji przebywa nielegalnie, pośrednicy odnoszą się z niechęcią do niej, i wcale nie ułatwiają przypominając jej o kiepskim położeniu, w jakim aktualnie się znalazła :/ To wszystko decyduje o podjęciu takiej, a nie innej decyzji przez zagubioną kobietę. Turcy nie lubią Syryjczyków, co od razu widać.

Dodatkowo, mamy tutaj nakreślony reżim Asada i rewolucję opozycjonistów, która początkowo nazywana była wiosną, wyczekiwano jej z radością. Nikt nie spodziewał się, jak to się skończy...Rząd szybko zaczął przedsięwzięcia mające na celu zduszenie buntu. 18.04 miała miejsce demonstracja antyrządowa, z wystąpieniem członka armii wolnej Syrii,  na co ludzie Asada zareagowali przemocą. Sił bezpieczeństwa zaczęły ostrzeliwać rebeliantów. Nastąpiły masowe areszty, tortury więźniów. To wydarzenie okazało się to katalizatorem, opozycjoniści już otwarcie przymierzali się do walki, a trzeba przyznać, że młodzieżówka była całkiem nieźle zorganizowana, co zaskoczyło rząd i jeszcze bardziej rozwścieczyło. Asad uderzył w miasta popierające bojówki.

Wrażenia:
Meltem stosuje liryczny język, kiedy mowa o uczuciach, chociaż nie brak i dosadnych słów oddających brutalne realia otoczenia, co nadaje realizmu. Czyta się bardzo szybko, akcja wciąga, kolejne strony przerzucałam coraz bardziej ciekawa losów młodej Syryjki. Szkoda, że nie dowiadujemy się, co dalej. Możemy się tylko domyślać, czy Soraya podzieliła dolę wielu emigrantek, pozostawiając w takim, a nie innym położeniu czy może jednak los się do niej uśmiechnął..? Oby, bo życie jej nie oszczędzało. Okładka: bardzo ładna i egzotyczna, przedstawia piękną kobietę w chuście. Podoba mi się także ciepła kolorystyka okładki.

Czy polecam?
Jak najbardziej. Książka jest bardzo realistyczna, to bezpośrednia relacja plus obraz wewnętrzny osób dotkniętych tragedią wojny. Obraz nędzy i rozpaczy, jednym słowem- wojny. Wyjaśnia trochę, gdzie obecny konflikt ma swój początek. Pokazuje, jaka jest prawda w obozach dla uchodźców, jak wygląda życie nielegalnie przebywających na obczyźnie, jak sobie radzą sobie z zaistniałą sytuacją. Jakie decyzje muszą podejmować  w imię poprawy jakości życia, nadziei na lepsze. Otrzymujemy pewien obraz tego, jak są traktowani Syryjczycy w Turcji, a nie spotykają się oni raczej z sympatią. To także piękna ale i smutna opowieść o tym, jakim destrukcyjnym uczuciem może być miłość. Jeszcze raz serdecznie polecam, to wielowymiarowa książka, każdy znajdzie coś dla siebie.

Opinia:
8/ 10 ⭐                                        
Marginesy


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Wydawnictwu Marginesy,
co nie ma wpływu na moją subiektywną opinię


P.S.
Spotkaliście się już może z tym tytułem? To kolejna świeżynka na rynku :)
Sięgacie po lekturę z uchodźcami w tle? Ja tak, nie tylko ze względu na upodobania "około arabskie" w książkach,  ale także ze względu na zajrzenie w tamte strony, sporo wyjaśniają, pozwalają dostrzec źródło problemu, odczucia samych zainteresowanych tych, kogo dotyczy całą sytuacja, jak sobie z tym radzą, próbują...Nawet wczoraj w radio słyszałam, że w Himsie- rodzinnej miejscowości Sorayi, doszło do kolejnych eksplozji :/
Pozdrawiam :)

19.02.2017

Balsam Turecki "Hammam" wzmacniający włosy- Planeta Organica, recenzja

Namaste ^^
Dziś, w  tą szarą niedzielę, mam dla Was posta z recenzją Balsamu Tureckiego -Planeta Organica. To już moje drugie zetknięcie z balsamami tej firmy, pojawił się wpis o Balsamie tybetańskim. Jak sprawdził się jego turecki brat? Zapraszam do czytania :)



kolor i konsystencja: brudny, jasny róż, kremowa, nieco rzadsza niż balsamu tybetańskiego;
opakowanie i wydajność: brązowa butelka o pojemności 280 ml z  poręczną pompką + za miłą dla oka szatę graficzną- soczysta pomarańcza ze złotym wzorem kwiatowym, na wodoodpornej etykietce; potrzebuję ok 5 pompek na całe włosy;
zapach: orientalny, słodki, nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że gdzieś pomiędzy czuję wiśniową nutkę ;) Utrzymuje się na włosach na drugi dzień po myciu;
cena: ok. 14 zł;


Skład:
Skład: Aqa with infusions of Organic Juglans Regia (Walnut) Seed Oil, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Fruit Oil, Myrtus (Myrtle) Communis Oil, Organic Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Santalum Album (Sandalwood) Oil (drzewo sandałowe), Eucalyptus Globulus Leaf Oil (eukaliptus), Eugenia Caryophyllus (Clove) Bud Oil (goździk), Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil (grejpfrut), Cinnamomum Cassia Leaf Oil (cynamon), Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behentrimonium Chloride, Cetrymonium Chloride, Quaternium-87, Hydroxyethylcellulose, Cetrimonium Bromide, Benzyl Alcohol, Sorbic Acid, Benzoic Acid, Citric Acid, Parfum.

Olej z orzecha włoskiego, olejek bergamotkowy, olejek z mirtu, ekstrakt z rozmarynu, olejek z drzewa sandałowego, olejek eukaliptusowy, olejek goździkowy, olejek z grejfruta, olejek cynamonowy, emolient, glicerynaantystatyki
Bazą jest tutaj olej z orzecha włoskiego- z którym moje włosy bardzo się lubią, a właściwie, kiedyś lubiły się bardziej :) i mnóstwo olejków oraz ekstrakt z rozmarynu. Pod koniec składu mamy potencjalny oblepiacz- Quaternium-87. Skład wybitnie emolientowy.  Nie zawiera silikonów, GMO i parabenów.




Działanie:

  • Olej włoski- ze względu na zawartość kwasów Omega 3 wykazują działanie przeciwzapalne i łagodzące, ochronne i przeciwutleniające (niweluje wolne rodniki), antyseptyczne, antygrzybicze, w tym wysoką skuteczność wobec szczepu Candida. Olej ten regeneruje, zmiękcza. Stosunek kwasów tłuszczowych: nasycone 10, omega 6- 78%, omega 3- 10%, nie posiada za to w gole omega 9;
  • Rozmaryn lekarski- "Rosmarinus officinalis" działa odkażająco, pobudzająco, antydepresyjne, chroni włosy przed wypadaniem,  wzmacnia cebulki, stymuluje porost, odświeża, reguluje wydzielanie sebum, ponadto używany do płukanek dla ciemnych włosów.
Stosowanie:
Nanosimy na świeżo umyte i odsączone włosy, wmasowujemy i pozostawiamy na włosach wg producenta 3-5 minut, ale ja trzymałam zazwyczaj około 15 minut. Po czym spłukujemy letnią wodą i suszymy/ układamy jak zwykle. Ja czasem zostawiłam na jakieś 25 minut pod foliowym kompresem, jednak działanie zawsze było takie same. Dobrze się spłukuje, nie obciąża włosów.




Efekty:
Włosy są lśniące, mięciutkie, śliskie- wsuwka się zsuwa z włosów, puszyste, nie mylić ze spuszonymi, ale był dość lekkie, mogłyby być bardziej dociążone, zwłaszcza wtedy, kiedy nie użyłam oleju przed. No ale taki urok włosów wysokoporowatych,

Czy polecam?
Tak, ale myślę że lepiej sprawdzi się na włosach średnioporowatych, na bardziej zniszczonych może być za słaby, aczkolwiek to wciąż świetny kosmetyk, który kondycjonuje włosy i nadaje im  blask i przyjemny zapach.
                     
EtnoSpa
Za możliwość przetestowania produktu dziękuję sklepowi EtnoSpa
co nie ma wpływu na moją subiektywną opinię


P.S.
Znacie, lubicie kosmetyki firmy Planeta Organica? Może macie jakieś ulubione produkty?
Podzielcie się perełkami w pielęgnacji włosów i skóry głowy :)
Pozdrawiam :)

18.02.2017

"Dziewczyna z Bagdadu"- Michelle Nouri, recenzja

Namaste^^
Uparta zima niezwykle sprzyja zaszywaniu się pod kocykiem z książką i gorącą herbatką obok. Jak widzicie dużo u mnie ostatnio recenzji, dziś także jedną przygotowałam, a dokładniej "Dziewczyny z Bagdadu"- Michelle Nouri, pół Irakijki- pół Czeszki, obecnie mieszkającej i pracującej we Włoszech dziennikarki. Zapraszam do czytania :)


Tradycyjnie na początek, garstka informacji technicznych:
tytuł oryginału: "The Girl from Baghdad"
tłumaczenie: Maria Zawadzka
wydawnictwo: Wielka Litera
rok wydania: luty 2013
ilość stron: 272


O czym jest książka?
Książkę rozpoczyna  romantyczna wręcz baśniowa historia  miłości rodziców Michelle, pochodzącej z Czech Jany i Irakijczyka- Muhammada, niestety kiedy Jana bliżej poznaje rodzinę męża, rozczarowuje się ich podejściem do niej jako "obcej", jedynie jedna ze szwagierek jest jej przychylna. Póki co i. mąż okazuje się wsparciem, "księciem z bajki". Wiodą beztroskie życie w swoim domu, wraz z 3 córkami, urozmaicają licznym wycieczkami zagranicznymi, zabawkami. Istna sielanka, ale nic nie twa wiecznie..I tutaj zaczyna się akcja rozkręcać. Michelle, najstarsza z córek, będąca jednocześnie główną bohaterką  (w książce znajdziemy wytłumaczenie imienia), która opowiada o swoim beztroskim dzieciństwie Wszystko się z czasem komplikuje, i to nie tylko przez wojnę iracko-irańską, którą wszyscy przeżyli. Relacje miedzy rodzicami zaczynają się psuć, o co wszyscy obwiniają Janę- matkę narratorki. To co zrobiła Czeszka, sprawia, że mąż oddala się od niej, coraz rzadziej bywa w domu, coraz mniej interesuje się dziewczynkami, które były z nim tak bardzo zżyte i nie rozumieją, co się dzieje. Ich świat rozpada się, wraz z rodziną i krajem. Dziewczynki początkowo nie zdają sobie sprawy z czym się wiąże wojna, do momentu, aż dochodzi do tragicznego zdarzenia. Wszystko im się wali, rodzina ojca porzuca wszelkie pozory i daje do zrozumienia, że nie są mile widziane, ostatecznie sam Muhammad je wygania ze "swojego" domu, który chce im odebrać. Nie mając wyjścia, przenoszą się do ojczyzny matki dziewcząt- Czechosłowacji, i tu wcale nie jest lepiej...matka popada w depresje, a despotyczna babka skutecznie uprzykrza życie wnuczkom, czego dorastająca Michelle ma dość i postanawia opuścić dom rodzinny matki i babki, i żyć na własny rachunek w Pradze. Tam przechodzi przemianę i postanawia rzucić się na głęboką wodę, decydując się na wyjazd do Włoch.  Początki na emigracji są trudne, ale Michelle się nie zraża, dzięki temu, że nie poddała się wtedy, kiedy było najciężej, zaszła naprawdę daleko.

Książka pokazuje, jak los bywa przewrotny, zmieniając się jak w kalejdoskopie. Nic nie jest nam dane na zawsze, a  mydlana bańka w każdej chwili może pęknąć, i dotychczasowe życie  przemienić w niespodziewany koszmar. Tak właśnie było w przypadku rodziny Nouri. Kolejną kwestią, jaką możemy zaobserwować w tej opowieści, jest to jak Michelle zacięcie stawia czoła wszelkim trudnościom, jak mierzy się z okrutną rzeczywistością, jakiej się nie spodziewała. Widzimy, jak sobie radzi i jak silną jest osobą, mimo młodego wieku. Przyszło jej dorastać w trudnych warunkach, pod wieloma względami. Michelle to niebywale silna kobieta, zdeterminowana, ambitna nie boi się zawalczyć o siebie i wziąć los we własne ręce, kształtując go wg swoich ambicji i marzeń. Jeszcze jedno, co zwróciło moją uwagę, to jaką siłę daje udane dzieciństwo. Mimo skomplikowanej sytuacji i konfliktu w rodzinie, pozostaje w sercu. Pada też piękne zdanie, że Ci, którzy stracili wszystko podczas wojny, a mają oparcie w rodzinie, paradoksalnie są szczęśliwsi, niż Ci mający dom, ale bez ciepła rodzinnego, znacznie cenniejszego od wszelkich dóbr materialnych.

Wrażenia:
Czytając odnosiłam wrażenie, że Michelle opowiada mi swoją opowieść, tzn tak jakby ze mną rozmawiała bezpośrednio. Bardzo przyjemny i lekki styl, i czytało się bardzo szybko. Akcja przyspiesza od momentu kiedy Michelle wyprowadza się do Pragi, im szybciej akcja przyspiesza, tym bardziej ogólnie pisze, ograniczając się do suchych faktów z jej aktualnego życia.

Czy polecam?
Tak, każdemu bowiem jest to bardzo przyjemnie napisana książka.  Do przeczytania, dla pokrzepienia dla kogoś, kto ma problem, by znaleźć w sobie siłę, i zmierzyć się z życiem. Najtrudniej jest zrobić pierwszy krok, ale determinacja i nadzieja, pomagają osiągnąć cel.
Ocena:
8/ 10⭐
                                             
Wielka Litera

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję wydawnictwu  Wielka Litera,
co nie ma wpływu na moją subiektywną opinię

P.S.
Znacie tę książkę? Może jakąś w podobnej tematyce, i moglibyście polecić? W lutym pojawią się jeszcze 2 książkowe recenzje.
Pozdrawiam :)

16.02.2017

Rękawica peelingująca- Kessa Hammam, recenzja + funkcje masażu

Namaste^^
Kochani, dziś będę pisać niepozornej rękawicy, która czyni cuda, zwłaszcza w komplecie z czarnym mydłem Savon Noir, o którym pisałam tutaj. To dopiero za pomocą rękawicy peelingującej Kessa możemy uzyskać wyczekiwany efekt. Już na wstępie powiem Wam, że zachwycona tym duetem, a sama kessa jest takim must have w pielęgnacji.

Jak stosować?
Przed pierwszym użyciem należy pomoczyć ją kilka minut w ciepłej wodzie, by pozbyć się barwnika i zastosować delikatny środek do mycia.
Na dobrze zwilżoną i rozgrzaną skórę, aplikujemy peeling, w moim przypadku Savon Noir, odczekuję chwilę, po czym zaczynam peeling od kostek, kierując się w stronę serca, zgodnie z zasadą drenażu limfatycznego, wykonując okrężne ruchy. Dociskam materiał do skóry zdecydowanie, ale z wyczuciem, co jakiś czas przepłukuję rękawicę pod bieżącą ciepłą wodą, by spłukać pianę i ...złuszczony naskórek, który jest bardzo widoczny, zwłaszcza na czarnej rękawicy, (jaką własnie posiadam), jednocześnie jest efektem pożądanym, świadczącym o  prawidłowo wykonanym zabiegu. Na koniec spłukujemy ciało letnią wodą (by zamknąć pory), w miejscach newralgicznych, które upodobał sobie cellulit, możemy pokusić się o natryski naprzemienne ciepło-zimne, kończąc zawsze zimnym. Po osuszeniu skóry wcieramy kosmetyk nawilżający, w moim przypadku to ulubione masełko, które po takim solidnym peelingu cudnie się wchłania. Najważniejszym jest, by Kessę po użyciu dobrze wypłukać, a nawet lekko przeprać delikatnym detergentem i bardzo dokładnie wysuszyć, co pozwoli nam nie tylko cieszyć się dłużej produktem, ale także zapobiec namnażaniu drobnoustrojów chorobotwórczych, grzybów, a tego przecież chcemy się wystrzegać ;) Warto dodać, że wilgotne i ciepłe środowisko, to dla nich raj :D



Uwaga:
Nie stosować częściej niż 2 razy w tygodniu (ja używam ją 1 raz na tydzień i widzę efekty). Należy również zachować ostrożność w miejscach, gdzie skóra jest najbardziej wrażliwa. Nie ma potrzeby nadmiernego tarcia, by nie sprawić sobie bólu.

Jakie pozwala uzyskać efekty?
Oprócz dogłębnego oczyszczenia z gromadzącego się martwego naskórka z powierzchni skóry, to przede wszystkim znacznie niweluje objawy zapalenia okołomieszkowego, uczucie "tarki" na przedramionach, przy regularnym stosowaniu pozostaje wspomnieniem. Owszem widoczne są ciemniejsze punkciki aczkolwiek nie wystają ponad powierzchnię skóry, dzięki czemu jest naprawdę gładka. Skóra zwłaszcza na dekolcie jest jedwabista, i ma zdrowy koloryt oraz naturalny zdrowy blask, uwielbiam ten efekt ;) Ponad to, przy okazji dokładnego wykonania peelingu, w gratisie fundujemy sobie masaż. I tutaj chciałabym przybliżyć jego funkcje:

Właściwości masażu:
  • wspomaga naturalny proces oczyszczania skóry;
  • poprawia mikro krążenie skóry (zaopatrując komórki w tlen i substancje odżywcze oraz usprawniając usuwanie dwutlenku węgla i zbędnych produktów ubocznych przemiany materii, toksyn);
  • stymuluje odpływ limfy (zapobiega obrzękom, zastojom płynów w przestrzeniach międzykomórkowych; Profilaktyka cellulitu- przeciwdziała zaburzeniom krążenia limfatycznego, zalegania metabolitów;
  • skóra staje się bardziej elastyczna, jędrna i napięta ( dzięki gimnastyce włókien kolagenowych); 
  • oddziaływanie na psychikę (działa uspokajająco, relaksuje)

Czy polecam?

Tak, zdecydowanie! Razem z czarnym mydłem Savon Noir potrafi zdziałać cuda! Zwłaszcza u osób mających problem z nadmierną keratynizacją naskórka, tak jak ja, niestety. Dodatkowo sam masaż, niesie tyle korzyści! Pozwala utrzymać skórę w dobrej kondycji i zapewnić jej zadbany, promienny wygląd.




Za przetestowanie produktu dziękuję sklepowi EtnoSpa,
co nie ma wpływu na moją subiektywną opinię


P.S.
Stosujecie regularnie peelingi skóry, masaże? Używałyście może Kessę, Savon Noir?
Jeśli nie, to gorąco Was do tego zachęcam! Ten duet jest nie do pokonania! :)
Pozdrawiam :)

14.02.2017

Olej z krokosza, recenzja + patent na jedwabiste dłonie zimą

Namaste^^
Moi kochani, wracam na bloga i biorę się do pracy pełną parą. Wczoraj zdałam ostatni egzamin, tym samym skończyłam uczelnię, i będę mieć teraz więcej czasu :) Toteż, bez zbędnej zwłoki, zapraszam na dzisiejszy wpis :) Wraz z rozwojem włosomaniactwa, furorę zrobiło olejowanie włosów, które, nota bene, ma swoje początki w odległym Oriencie. Tylko jak odnaleźć się w świecie setek olejów do wyboru? Kluczem jest tu dobranie zgodnie z porowatością włosów. Teoria teorią, ale każda włosomaniaczka wie, ile trzeba poświęcić czasu i energii, by znaleźć swój olej, który zapewni efekt wow. To żmudna droga prób i błędów. Czasem na początku jest dobrze, a potem włosom przestaje pasować. Bywa i tak...ja tak miałam z oliwą. No nic, dziś mam dla Was recenzję Oleju Krokoszkowego BIO firmy Etja



Opakowanie: buteleczka z ciemnego szkła z wygodną pompką, pojemność 50 ml
cena: ok 8 zł, a do tego jest bardzo wydajny
kolor: żółtawy
zapach- neutralny

Opis:
Tłoczony na zimno olej, pozyskiwany z jednorocznej rośliny Carthamus Tinctorius, która rośnie na obszarach Indii oraz Bliskiego Wschodu. Zawiera największą ilość kwasu linolowego ze wszystkich olejów roślinnych. Zawiera także kwas oleinowy  kwas palmitynowy, a także witaminę A i E (alfa-tokoferol, w swojej naturalnej postaci). Wspomaga ona neutralizację wolnych rodników, które, z telegraficznym skrócie, odpowiadają za degradacją włókien kolagenowych i starzenie, zakłócając funkcjonowanie skóry. Procentowy skład tłuszczów przedstawia się następująco: 8% kwasów tłuszczowych nasyconych, 10% kwasów omega 9 i 80%  omega 6.



Właściwości/ działanie:
Olej krokoszowy neutralizuje wolne rodniki, zmniejsza wrażliwość na poparzenia słoneczne, chroni skórę przed czynnikami zewnętrznymi, stymuluje regenerację skóry, przyspiesza gojenie ran, hamuje stany zapalne,  nadaje skórze elastyczność, sprężystość, utrzymuje prawidłowy poziom nawilżenia, ujędrnia, opóźnia odrastanie włosów, uszkadzając mieszki włosowe, co przy długotrwałym stosowaniu powoduje, że włosków odrasta mniej i są słabsze. Ważne, żeby przechowywać w chłodnym i nienasłonecznionym miejscu.




Jak się sprawdził u mnie?
Przede wszystkim nabyłam go w celu olejowania włosów. Testuję oleje, które reprezentują różną zawartość kwasów tłuszczowych. Od razu na wstępie mogę powiedzieć, że to nie jest miłość od pierwszego wejrzenia, jeśli chodzi o włosy. Owszem, dogadujemy się, ale mogłoby być lepiej. Włosy są lśniące, gładkie, puszyste, miękkie aż...za miękkie, co prawda nie jest to "efekt kaczuszki" jak przy oleju kokosowym, ale jest za lekki do moich wysokoporowatych włosów, niestety nie dociążył ich odpowiednio. Na moje długie włosy wystarczają 2 pompki. Olej  nakłada się dobrze i równie bezproblemowo zmywa. Włosy nie strączkowały się. Nie jest to "mój" olej, co pozwala mi stwierdzić, że jednak moje włosy nie lubią zbyt wysokich stężeń kwasów omega 6. Pisałam już kiedyś o tym, co moje włosy lubią  tutaj. Co prawda nie zadziałał tak, jakbym sobie tego życzyła, aczkolwiek wykorzystałam go w inny sposób...Zima w tym roku jest mroźna i uparta, a to kiepski okres także dla skóry, zwłaszcza dłoni, które są najbardziej narażone na niekorzystne czynniki atmosferyczne i mechaniczne. Łatwo staje się zaczerwieniona, podrażniona, jest szorstka i często pęka. Same kremy nie dają już rady. Jak stuningowć mazidła do rąk? Wmasować kilka kropli oleju, po czym nałożyć dawkę ulubionego kremu, który zemulguje olej, i zniesie jego tłustość. Wszystko ładnie się wchłania  I to jest to ;) Skóra dłoni pozostaje miękka i gładka, zyskują też "skórki". Warto podkreślić, że olej krokoszowy  to źródło antyoksydantów, co chroni przed negatywnym wpływem promieniowania UV. Jak znalazł na dłonie, a że wykazuje działanie przeciwzapalne to łagodzi podrażnienia. Nie wyobrażam sobie pielęgnacji bez olejów 💛




Czy polecam?
Oczywiście, warto spróbować, nawet jeśli nie znacie swojej porowatości, bo kto wie, może akurat u Was świetnie się sprawdzić! Na moich włosach jest ok, ale to nie jest to, za to świetnie odnajduje się w pielęgnacji dłoni zimą- tutaj jestem jak najbardziej na tak! :)


Za możliwość przetestowania produktu dziękuję sklepowi NaturaBazar
co nie ma wpływu na moją subiektywną opinię


P.S.
Karmicie swoje włosy olejami? Udało Wam się znaleźć ten "swój", zgodny z porowatoscią włosa?
Ja wciąż szukam, bo mimo że próbowałam wielu, które sprawdzały się czasem naprawdę całkiem nieźle,  to poszukiwania ideału trwają nadal. 
Pozdrawiam :

06.02.2017

Amla w pudrze- Hesh Pharma, recenzja

Namaste^^
Dziś przedstawię Wam jedną z dwóch recenzji, przewidzianych na ten tydzień. Nie przedłużając, będzie krótko o mace w pudrze z amli. Od dawna chciałam wypróbować tego typu produkt, jednak po przesuszeniu, jakie spowodowała henna, miałam lekkie obawy. Jak się okazało, nie potrzebnie ;) Zapraszam do dalszej części posta.


Czym jest amla, i jakie ma właściwości?
Liściokwiat garbnikowy inaczej nazywany amlą (co znaczy "kwaśny"), amalaką lub po prostu agrestem indyjskim ;) Występuje w lasach tropikalnych  Północnych i Południowo-Zachodnich Indii, Cejlonu oraz Indonezji.  Od stuleci, wykorzystywany w indyjskiej medycynie tradycyjnej- ajurwedzie, głównie ze względu na wysoki  potencjał antyoksydacyjny, bowiem owoce amli spowalniają procesy starzenia się komórek. Uważane za środek odmładzający i sprzyjający długowieczności. Jest stosowana przy wielu schorzeniach, ale nie będę tutaj rozpisywać się nad właściwościami przyjmowania wewnętrznie, choćby w postaci przetworów, popularnych na południu kraju. Owoce amli wykazują działanie antywirusowe i antybakteryjne. To dzięki taninom (garbniki roślinne, pochodne fenoli) zachowują one swoje właściwości nawet podczas obróbki termicznej. Garbniki działają przeciwzapalnie, antybakteryjnie, antyseptycznie i lekko ściągająco.  Agrest indyjski jest najbogatszym znanym źródłem nie tylko witaminy C oraz długotrwałym antyoksydantem, ale także minerałów i aminokwasów, kwasów fenolowych i flawonoidów.  

Amla ma również niesamowite właściwości wpływające na zdrowe i piękne włosy, to właśnie ona wraz z neem, są najlepszymi odżywkami do włosów, a raczej skóry głowy, wykazując działanie przeciwzapalne, a także:
  • wzmacnia cebulki włosów, a przy regularnym stosowaniu stymuluje wzrost włosów, niweluje wypadanie;
  • zmniejsza przetłuszczanie skalpu, i włosy dłużej zachowują świeżość;
  • zapobiega powstawaniu łupieżu, a także pozwala się go pozbyć;
  • łagodzi podrażnienia i drobne krostki;
  • nadaje objętości, a włosy stają się sprężyste i błyszczące;
  • zapobiega przedwczesnemu siwieniu włosów
  • Dodana do mieszanki henny, przyciemnia odcień, natomiast użyta z indygo pozwoli uzyskać jeszcze bardziej chłodny odcień. (Użyta solo nie wpływa na zmianę koloru włosów)
  • Amlę z powodzeniem można stosować na twarz, głównie na cerę tłustą/ trądzikową. Ja nie stosowałam na twarz, ze względu na intensywną kurację dermatologiczną, ale na pewno wkrótce spróbuję ja zastosować w ten sposób, i wówczas post zostanie edytowany




Postać: proszek, a raczej pylący puder;
Zapach- wiele osób narzeka, mój nos nie jest jednak wrażliwy na tego typu ziołowe  zapachy, wiec jak dla mnie jest dość neutralny;
Wydajność: Opakowanie wystarcza na ok 7 razy-  kładziemy ją tylko na skalp; Dla wygody przesypałam do puszki po hennie ;)
Cena-ok 8 zł  za 100 gram, więc bardzo przystępna.


Maskę przygotowywałam na dwa sposoby, a mianowicie:
#1 sposób: 2 łyżeczki amli wymieszałam z ciepłą wodą (lepiej się rozrabia), po czym dodałam trochę lekkiej odzywki (Kallos Blueberry) ok 1 małej łyżeczki. Otrzymaną odżywkę o konsystencji gęstej śmietany nałożyłam na skalp, nie wcierając we włosy (!) i pozostawiłam na 40 minut pod foliowym kompresem. Po czym tylko spłukałam dokładnie letnią wodą i nałożyłam odżywkę jak zawsze. Uprzednio umyłam włosy mocnym oczyszczającym szamponem z SLS. Wysuszyłam i oto efekt:
Bezpośrednio po wysuszeniu suszarką/ wieczór


Może nie widać tego na zdjęciu, średniej jakość, swoją drogą, ale nie były spuszone, mimo zastosowania "rypacza" mocnego szamponu i suszarki, jak zazwyczaj. Włosy były ładnie odbite od nasady, i dłużej zachowały świeżość, były też prościutkie i gładkie, sypkie "mięsiste" w dotyku. i dobrze się rozczesywały. Oczywiście mogłyby być bardziej dociążone, ale SLS, zioła i suszarka nie za bardzo temu sprzyjają, w moim przypadku. Przyznaję, że odżywka na skalp nie była najlepszym pomysłem na mich cienkich włosach , zawsze tego unikam, jednak mając na uwadze, że nie robiłam tego przy hennie, co pozwoliłoby nieco znieść przesusz, postanowiłam raz spróbować.

#2 sposób: 1 łyżka proszku + letnia woda do konsystencji śmietany, jak wyżej, z tym że teraz bez odżywki. Tym razem użyłam delikatniejszego szamponu, którym umyłam głowę jeszcze raz, po spłukaniu pasty.  Na koniec zastosowałam  balsam tybetański, spłukałam.

Po nocy w zaplecionym warkoczu/ światło dzienne/ bez użycia flashu

Tą metodą uzyskałam niesamowity blask i wygładzenie. Włosy były proste, śliskie (wsuwki nie utrzymywały się) i sprężyste, było ich więcej wizualnie.  Czupryna nie zareagowała większym spuszeniem mimo suszarki,  jednak  bardziej haczyły się na bardziej szorstkich końcach, wciąż jednak rozczesywały się dobrze. Serum wtarte w końcówki załatwia sprawę.  Użycie szamponu 2 x, nie pozostało bez wpływu na końcowy wygląd włosów. Myślę, ze sprawdziłaby się tutaj taktyka pośrednia czyli umycie włosów odżywką, czego ja akurat nie praktykuję.



Czy polecam?
Oczywiście, włosy po tej masce od razu wizualnie wyglądają lepiej. Jest ich więcej, bardziej błyszczą. Użyłam kilka razy, więc ciężko mi wypowiedzieć się w kwestii przyspieszenia porostu, jeśli chodzi jednak o wypadanie, to jestem w stanie zauważyć różnicę podczas czesania. Włosów na grzebieniu jest faktycznie mniej.  Mimo że henna średnio mi służyła, to po amli nie miałam przesuszu przypominającego szorstką kopkę siana. Jednak musicie byś świadomi, jak zioła sprawdzają się na waszych włosach. Ważne: nie stosować częściej niż 2 razy w tygodniu. Ja nakładałam 1 na 1,5 tygodnia.


Za możliwość przetestowania produktu, dziękuję sklepowi NaturaBazar,
 co nie ma wpływu na moją subiektywną opinię



P.S.
Stosujecie odżywki w pudrze? 
To moja pierwsza, ale jako że ta nie wyrządziła krzywdy moim włosom, które zdecydowanie gorzej zniosły hennę, to chętnie sięgnę po inne. Jest ich trochę do wyboru. Indyjskie zioła mają potencjał! Nie na darmo mówi się, że to one, są sekretem pięknych włosów Indusek, noo razem z olejowaniem oczywiście ;)
Pozdrawiam :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Etykiety

"Chłopczyce z Kabulu" (1) "Drzewo migdałowe" (1) "Dziewczyna z Bagdadu" (1) "Dziewięć żywotów. Na tropie świętości w Indiach" (1) "Emptines" (1) "Gang różowego sari" (1) "Indie. Miliony zbuntowanych" (1) "Kiedy księżyc jest nisko" (1) "Miejsce na ziemi" (1) "Oszpecona" (1) "Soraya" (1) "Tłumaczka snów" (1) "Trzy na godzinę" (3) "Tune Mere Jana" (1) "Tygrysie Wzgórza" Sarita Mandanna (1) "U stóp bogini" (1) "W kraju niewidzialnych kobiet" (1) "Zabić córkę" (1) "Źródła miłości" (1) Afganistan (3) aktorki Bollywood (1) Alepia (1) Aleppo (1) Amana Fontanella Khan (1) amla (1) Anita Nair (1) Anna Dereszowska (1) Aranżowane Małżeństwo (2) Atif Aslam (1) bacza pusz (1) balsam turecki (2) Bandi Chhor Divas (1) Bhai Dooj Indyjskie (1) Biblioteczka (20) Blue City (1) Bollywood (5) Bombay Bazaar (2) Buddyzm (1) cassia (2) Chitra Banerjee Divakaruni (2) ciało (2) Córka Indii (1) Czarne (4) czarne mydło (1) czarnuszka (2) Dabur (3) dasara (1) depilacja na olej (1) Dipawali (1) Diwali (1) Dokument/ Tv (4) Durga (2) durga puja (2) dussehra (1) Etnospa (1) Fitokosmetik (1) Ganesh Chaturthi (1) Ganesha (1) garba (1) gendercide (1) glinka błękitna (1) Gulabi Gang (3) Hachette (1) Hammam (2) handmade (1) henna (2) Hesh (1) hijra (1) hinduista (1) Hinduizm (6) Hindus (1) hinduski (1) Holi (1) Indi-Rabbia (10) Indie w liczbach (1) Indus (1) indyjski (1) indyjski makijaż (1) indyjskie imiona męskie (1) indyjskie imiona żeńskie (1) inspiracje (1) Irak (1) Islam (3) Jenny Nordberg (1) Joanna Nowicka (1) Jodhpur (1) Jyoti Singh Padney (2) kajal (1) Kali Puja (1) Kamila Shamsie (2) kanya puja (1) kasty (2) Kishwar Desai (1) Klinika Spalonych Twarzy (2) kurkuma (1) kwas migdałowy (1) kwas solny (1) Lakhsmi (1) Lakshmi (2) Lakshmi Puja (1) Liebster Blog Award (1) Mahishasura (1) Malala Yousafzai (1) Małgorzata Lupina (1) Marginesy (2) masa solna (1) masaż (1) maska (1) masło do ciała (2) masło shea (3) Meltem Yilmaz (1) Michelle Cohen Corasanti (1) Michelle Nouri (1) Mister 2016 (1) muzyka (3) Nadia Hashmi (1) Najel (1) Namaste (1) Nawaratri (3) Nocanka (1) Norel (1) ocm (1) ode mnie (11) Ogłoszenie (2) olej z krokosza (1) olejowanie ciała (2) olejowanie paznokci (2) olejowanie włosów (3) Orientalne Sekrety Piękna (20) Orientana (3) Otwarte (1) Pakistan (2) Parwati (1) Pascal (1) pasta cukrowa (1) peeling (1) pielęgnacja twarzy (1) Planeta Organica (2) poczet bóstw hinduistycznych (3) Podstawowe Informacje (6) Podział administracyjny (1) Podział administracyjny Indii (1) posag (1) Prószyński i S-ka (1) Przedział dla Pań (1) Qanta A. Ahmad (1) rangoli (1) Rani Mukherjee (2) Rania Al-Baz (1) recenzja (35) Red Horse (1) Religie (6) rękawica Kessa (1) Rohan Rathore (1) Rohit Khandelwal (1) Różowy gang (2) Sampat Pal Devi (1) saraswati puja (1) sati (1) savon noir (2) Scott Carney (2) serum (1) Sikhizm (2) słoń (2) solah shringar (1) Sonu Nigam (1) społeczeństwo (4) SQN (1) Swati (1) syndrom indyjski (2) Syria (1) szampon (1) Świat Książki (1) Świat Literacki (1) Święta (2) Święte Krowy (1) Taj Mahal (1) Tradycje (1) Tradycje Indyjskie (13) tradycyjne ozdoby damskie (2) tradycyjne stroje damskie (2) tradycyjne stroje męskie (1) Tv (1) twarz (2) ubtan (2) Umi Sinha (1) Vatica (1) Veer- Zaara (1) Vidiadhar S. Naipaul (1) warny (1) Wielka Litera (4) William Dalrymple (1) wishes (2) włosy (9) Wydawnictwo Kobiece (2) Zabójstwo Honorowe (1) zapalenie okołomieszkowe (1) Zwiedzanie (3) (1)

Pinterest

Visitors

Flag Counter

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

"